Kronika kościoła w Ciepielowie

 

Wojna

1.VIII. 1939r. - 1.VIII.1940 r.

Może żadne stulecia w historii dziejów ludzkości i Europy nie obfitowały w tak przeogromne zmiany i przeobrażenia, jak te cztery dziesiątki lat XX w. Wypadki polityczne rozwijają się jedne po drugich, następują iście błyskawicznie.

Niemcy po opanowaniu Austrii i Czechosłowacji chociaż uroczyście przez swego Führera w Reichstagu ogłosili, iż żadnych już nie wnoszą pretensji terytorialnych wobec Polski. W 1939 r. zażądali Gdańska i autostrady 25-cio km szerokości przez Pomorze do Prus Wschodnich, choć przejazd dla siebie zawsze mieli dogodny. Z dnia na dzień sytuacja się pogarsza, stosunki międzypaństwowe psują się, agitacja wroga rozpoczyna się. Audycje radiowe już rozpoczęły walkę na słowa. Niemcy koncentrują swoje siły na granicy wschodniej już od wiosny. Gazety biją na alarm. Przemowy mężów stanu o gotowości bojowej naszego narodu. Dużo mówiło się o nowoczesnej wojnie powietrznej, zmotoryzowanej pancernej i gazowej. Ten ostatni sposób walki bowiem najczęściej zaprzątał głowy. Ogół społeczeństwa był zdenerwowany, niepewny. Napięcie rośnie, czekamy wszyscy, czy lada chwila nie gruchnie wiadomość o wojnie. Słyszę z ust jednego posłów naszych: „Nie wytrzymamy natarcie niemieckiego, uderzą siłą, jeżeli nie będziemy mieli pomocy – zginiemy”. Ludzie zaczynają sobie przygotowywać schrony, wykupują gorączkowo artykuły spożywcze, których (??) braki. Tu i tam słychać szczątkową mobilizację do wojska.

Wreszcie nadchodzi dzień 1-go września 1939 r., pierwszy piątek miesiąca. Niemcy wypowiedziały Polsce wojnę i z całym swym groźnym aparatem wojennym – armią zmotoryzowaną, popartą silnym lotnictwem uderzają jak lawina z gór z Prus Wschodnich, z Pomorza, z Poznańskiego w kierunku Wielunia na Częstochowę, od Śląska i Zakopanego na Polskę.

Jeszcze przed wojną mówiliśmy sobie – w Ciepielowie to najbezpieczniej, to środek Polski, daleko od granic, a tutaj już w pierwszym dniu wojny słyszymy i widzimy samoloty bombowce, które swoim specjalnym jękiem niosły nam zagładę.


 

---------------------


 

Mobilizacja nasza jest utrudniona wskutek bombardowania węzłów komunikacyjnych. Często słyszymy o desantach niemieckich. Przemarsze wojsk naszych w porach nocnych, zamaskowane światła, cisza, jakaś groza i niepewność nam zwiastują. Nastały dni poważne i brzemienne w skutki.

Słychać „mężczyźni za Wisłę”. Przez Ciepielów już 4 września przechodzi na Solec, gdzie był most przed wojną, wykończony w celach strategicznych, masa młodszych i starszych mężczyzn zdolnych do broni. Dzień i noc trwa wywózka, nie tylko mężczyzn, ale kobiet i dzieci za Wisłę, która miała się stać sporem ostatecznym. Na wszystkich drogach pełno ludzi, co bardzo utrudniało przemarsz wojska. Zabrakło chleba dla ludności, cukru, benzyny, nafty, także lotnik Futro z poznańskiego w skutek braku paliwa musiał lądować w Bąkowej koło Łazisk i nie mógł odlecieć. Przez radio polskie słychać wciąż – „Uwaga, uwaga nadchodzi – przeszedł ”. Podczas tej wędrówki zdarzył się wypadek w Ciepielowie, że któryś z uciekinierów z Radomia chciał zatrzymać furmankę ciepielowską powracającą za Wisły, żeby go odwiozła do Solca. Gdy woźnica odmówił uciekinier ów w przystępie ( przypływie ) zdenerwowania strzelił do niego, ale trafił we własnego syna i zabił go, zostawił go przed gminą.

Dnia 2-go września pada pierwsza bomba pod Sycyną, przy szosie, którą jechał autobus z zmobilizowanymi, lecz bez skutku. Przez radio dochodzi nas smutna wiadomość o zajęciu Częstochowy. Ludzie powtarzają sobie nieprawdopodobne wiadomości, że Niemcy już w Kielcach – Starachowicach – Iłży. Eskadry samolotów od rana do nocy przechodzą nad nami. Aż tu naraz słyszymy ogromne huki, widzimy słupy dymu. Zwoleń płonie!

Dnia 6-go września opuściły Ciepielów władze cywilne i policja. Poczta już nie czynna. Gmina, posterunek policji już opustoszały. Zostaliśmy sami.

U miejscowego senatora wicemarszałka senatu p. W. Długosza był wojewoda kielecki p. Dziadosz i starosta z Wierzbnika. W tym dniu i oni wyjechali. Co robić – pytamy się. Stworzono milicję z pozostałej ludności, która codziennie maleje, opuszczając Ciepielów i udając się do pobliskich wiosek. My księża pozostajemy na miejscu.


 


 

--------------------


 

Zwoleń po raz drugi bombardują. Wszyscy w niepewności oczekują kolejki na Ciepielów. Chowamy po piwnicach rzeczy. Ludności napływowej dużo – wszyscy za Wisłę.

Dnia 7 czerwca atak lotniczy na most w Solcu. Mówiono, że spadło około 70 bomb – ani jedna nie trafiła. W powietrzu słyszeliśmy raz walkę samolotów z karabinów maszynowych, ale bezskuteczną.

Pamiętna noc z czwartku na piątek (7–8 września). Noc cicha ale złowieszcza w przeczucia, widzimy dziwne światło rakiet dalekich, słyszymy turkot wozów, dalekich strzałów, twarze ludzkie poważne, niepokój kobiet to wszystko stwarza niepokój i przygnębia. Niemcy w Iłży! Tak szybko? Kilku przejezdnych księży wstąpiło na plebanię, a stamtąd pojechali do Solca. Już późna noc, kładziemy się na spoczynek, ale nie zasypiamy, czuwamy.

O świcie zrywa się każdy, natęża słuch, samoloty warczą. Pierwsze tanki na rynku w Ciepielowie i na moście rzeki Iłżanki. Strzał od strony Lipska, pada dziewczynka Janina Sajnóg, ciekawie wyjrzała zza domu na szosę. Jeszcze wczesnym rankiem nie mało uciekinierów przetoczyło się przez Ciepielów, a tu już Niemcy. A my myśleliśmy, że jeszcze…

Tak to był dzień Matki Boski Siewnej, nie jak zwykle w Polsce odświętny, uroczysty. Już nie dzwoniono, a ludzie nie zebrali się u ołtarzy pańskich, by wielbić Maryję. Nabożeństwa nie odprawiliśmy, było to niemożliwe.

Od strony lasu rządowego w stronę Lipska słychać strzały karabinów maszynowych, My księża widząc że Niemcy są już na rynku, przyszliśmy na plebanię z ogrodu i oczekujemy co będzie dalej. Za chwilę przychodzi 5-ciu żołnierzy niemieckich, groźnym krokiem wstępują na plebanię od strony ogrodu i proszą o jakiś napój. Napiwszy się wody z sokiem opuszczają dom plebański. Wtem za kościoła padają strzały. Taksówka, która jechała od Wielgiego z uciekinierami najechała na patrol niemiecki i dostała się pod ostrzały. Giną wspomniany wyżej lotnik Futro, dwaj uczniowie gimnazjalni Rudzki i Buczacki oraz gajowy lasów państwowych z kieleckiego. Za chwile podjeżdża samochód pod plebanię. Obaj księżą pod konwojem dwóch żołnierzy niemieckich jedziemy na rynek ale nie wprost tylko boczną, kościelną ulica, obok szopy strażackiej. Tam stajemy na chwilkę, potem wiozą nas na środek rynku, gdzie już była zgromadzona spora liczba mieszkańców tutejszych Żydów i Polaków.


 


 

----------------------


 

Obok nas leżał zabity Marian Ostrach – umysłowo chory. Na rynku pełno wojska. Nagle słyszymy huk i kula armatnia przelatuje nad nami. Żołnierze szybko usuwają się z rynku poza miasto. Nas zostawiają samych. Nie możemy w pierwszej chwili zorientować się w sytuacji. Wszyscy zebrani rozlatują się w popłochu, każdy w swoją stronę.

Rozpoczęła się kanonada armaty grzmiały, a nikt nie wiedział, kto i do kogo strzela, zdawało się, że rozpoczął się bój. Po pewnym czasie ucichło. Ludzie rozglądają się, co się działo. Wojsko wraca na rynek, nowe oddziały coraz więcej napływają. Zbliża się wieczór. Słyszymy jeszcze strzały od strony lasu rządowego. W sobotę 9 września przemarsze wojsk niemieckich, obsadzanie pozycji, słyszymy strzelanie do samolotu polskiego nad Ciepielowem. Tegoż dnia popołudniu ok. 1-2 godziny zebrano ludność z całego Ciepielowa obok szkoły przy ulicy idącej do Rekówki. Ustawiono grupami Żydów oddzielnie i Polaków oddzielnie, oprócz tego oddzielono jeszcze mężczyzn od kobiet. W tej gromadzie siedzieliśmy ok. 4 godzin. Po czym przyszedł kapitan niemiecki i młodych, zdolnych do broni odebrano jako jeńców i odwieziono część w stronę Ostrowca, a część w stronę Kielc. Na Górkach w folwarku zebrano do spichlerza wszystkich po drodze zebranych uciekinierów i po przesłuchaniu odtransportowano do obozów koncentracyjnych. Myśmy wrócili na plebanię. Wkrótce po przyjściu sanitariusze niemieccy przynieśli nam na noszach rannego żołnierza polskiego Rutkę z Brzeska, żeby się nim zaopiekować. Ciężko ranny kulą wyspowiadał się i późno w nocy zmarł na plebanii, a rano pochowaliśmy w ogrodzie plebańskim.

W godzinach wieczornych 9 września rozpoczęła się strzelanina. Armaty ustawione w ogrodzie plebańskim i całym Ciepielowie biły całą noc w stronę Wielgiego. Zaczęły płonąć wsie: kol Gardzienice, Dąbrowa, częściowo Kałków. Huki dział, łuny pożarów potęgowały grozę wojny tej nocy. Siedzieliśmy w piwnicy plebańskiej, i z lękiem oczekiwaliśmy, kiedy szrapnele zaczną się rozrywać u nas z polskich armat.

Kościół wewnątrz i zewnątrz był obsadzony wojskiem. W nocy pootwierano w kościele wszystkie szafy, komody, tabernakulum. Wystawiono na ołtarz puszkę z komunikantami. Rozbito kufer


 


 

----------------------


 

kucharki plebańskiej, której zginęło trochę cenniejszych rzeczy, a z kościelnych zabrano kielich niedawno kupiony w Częstochowie fabrycznej, roboty francuskiej, ale mało wartościowej. Nadto połamano pasyjki, monstrację wyłożono z futerału na ławkę.

W tę sobotę padło jeszcze wiele ofiar. Leon Nałęcz - Radzicki rządca fol. Ciepielów i jego brat Marian profesor gimnazjum z Radomia, pierwszy z tego powodu, że go podejrzewano, iż jest przebranym oficerem polskim, a drugi był raniony ręcznym granatem, gdy szedł z dworu na folwark. Ze służby folwarcznej padł niemowa Ambrozik i jakiś mały chłopiec. Oprócz tego dwóch czy trzech cywilnych nieznanych, którzy dotąd leżą pochowani na polach tego majątku. Na polu Karola Marzysza z os. Ciepielów pochowano trzech nieznanych ludzi. Zabity został Wilk z Pcina, gospodarz gdy wyszedł do swego kamieniołomu, po rzeczy tam schowane. W tę sobotę 9 września rozstrzelano Pastuszkę z Ciepielowa, za to, że miał przy sobie brzytwę. Z tego też powodu rozstrzelano młodych chłopaków Piotra Ziołę, służącego organisty i Morawskiego w szopie strażackiej.

W czasie wkroczenia wojsk do Ciepielowa różni ludzie doznawali różnych przykrości. Ostrach letni powracając do domu swego przy drodze do Gardzienic jako podejrzany musiał sobie dół kopać na grób, do którego wsadzono go nagiego, a potem wyprowadzono.

W pierwszych dwóch dniach w czasie boju, na skraju lasu rządowego, przy drodze do Lipska, padło 242 żołnierzy polskich, którzy z taborami chcieli się przedostać za Wisłę. Groby ich znajdują się w lesie wspólnie i pojedynczo. Sceny, jakie się tam rozgrywały, były okropne, jak opowiadają naoczni świadkowie z Dąbrowy. Ranni konali z głodu i pragnienia, bo nie można im było przyjść z pomocą. Nikt się ruszyć nie mógł. Niemców legło tam 24. Kościół w Ciepielowie służył na razie jako szpital, a w wieży powiewała w ten czas chorągiew Czerwonego Krzyża. W kościele było też przyniesionych kilku rannych żołnierzy polskich, ale nie pozwalano się do nich zbliżyć, rozmawiać lub posług udzielać. Dom księdza proboszcza za kościołem był przeznaczony był na salę operacyjną i aptekę wojskową.


 


 

-------------------------


 

Po domach odbywały się często rewizje, przy których zabierano rzeczy, nie mające nic wspólnego z bezpieczeństwem. Od 13 września ciągłe kwatery i przemarsze wojsk niemieckich, a potem powracająca fala uciekinierów z za Wisły, najwięcej dały się odczuwać na plebanii. Nastaje okres kiedy ceny artykułów spożywczych i łokciowych idą szybko w górę. Potem następuje wymiana marek niemieckich i wycofanie ich z obiegu w generalnym gubernatorstwie. Potem znowu wymiana dawnej waluty polskiej na banknoty banku emisyjnego w Polsce. To wszystko sprawia trudności walutowe.

W czasie przemarszu wojsk zabrano proboszczowi 32 rolki blachy ocynkowanej po 20 m długości, która sprowadzona przed wojną na pokrycie prezbiterium, bo dachówka w tej części kościoła przepuszczała w znacznej mierze wodę z opadów deszczowych, zwłaszcza podczas silnych wiatrów. Była to strata wielka ok. 1500 zł. przedwojennych. Staranie o odebranie nic nie pomogły. Ogólnie cała parafia przez wojnę bardzo ucierpiała, a zwłaszcza w Ciepielowie przy szosie z powodu przemarszu wojsk. Plebania była stale zajęta pod kwatery od początku wojny, aż do 20 grudnia 1939 r. Od tego czasu w Ciepielowie nastał względny spokój, a życie poczęło wracać do normalnego, choć jeszcze wojennego trybu. W tym czasie odbył się dwukrotny pobór koni, który dał się bardzo odczuć ludności z powodu dużych strat, bo konie potem bardzo zdrożały. Proboszczowi zabrano jedynego konia.

Nabożeństwa w kościele odbywały się normalnie. O prowadzeniu jakieś pracy w organizacjach nie mogło być mowy. Odbywały się tylko zajęcia z tercjanami i Kółkami Żywego Różańca.


 


 

data 1 VIII 1940

podpis - ks Ludwik Barski


opracowanie 

Wiesław Pietrzkiewicz - 2010

 

Copyright by histpol.pl - 2018